Ludzie spojrzeli po sobie. Zdumienie ogarnęło wszystkich, że nawet polowy nie ma odwagi wydać stanowczej opinii. I Coqueville patrzyło z coraz większym respektem na małą wypróżnioną beczułkę.

— Bardzo było dobre — wysapał jeszcze raz Delfin, jakby się chciał natrząsać z ludzi.

Poczem wskazawszy na morze szerokim gestem, dodał bełkotliwie:

— Jeżeli chcecie, jest tam tego więcej... Widziałem!... Beczułki... beczułki... beczułki...

I zaczął się kołysać, niby w takt piosenki, posyłając Margosi spojrzenie słodyczy pełne. W tej chwili dopiero ją spostrzegł. Wściekła nań, zrobiła ręką ruch taki, jakby mu wymierzała policzek, lecz nawet nie zmróżył oczu, czekając z czułą miną chlaśnięcia.

Tymczasem ksiądz Radiguet, zaintrygowany jak wszyscy nieznanym przysmakiem, umoczył także palec w barce i oblizał. I on jednak pokręcił tylko głową tymże co i polowy sposobem; nie, nie znał tego stanowczo, rzecz dziwna. Zgodzono się wszakże na jedno: beczułka musiała pochodzić z rozbitego statku, który widziano w niedzielę wieczorem miotany przez burzę. Angielskie statki, ładowne likierem i szlachetnemi winami, zawijały dość często do Grandportu.

Powoli dzień bladł i ludzie poczęli się do domów rozchodzić w ciemnościach. Tylko jeden La Queue pozostał w miejscu zaprzątnięty, opanowany myślą, której nie wyjawiał przed nikim. Przystanąwszy, wsłuchiwał się po raz ostatni w pijackie majaczenie Delfina, który, niesiony do wsi, śpiewnie powtarzał:

— Beczułki... beczułki... beczułki... Jeżeli chcecie, jest ich tam podostatkiem.

III

Przez noc pogoda zmieniła się zupełnie. Gdy się nazajutrz Coqueville zbudziło ze snu, słońce świeciło jasno, morze rozciągało się w dal taflą bez zmarszczki, jak jedna olbrzymia sztuka zielonego atłasu. Powietrze było przytem ciepłe owem łagodnem ciepłem pogody jesiennej.