Pierwszy z całej wsi opuścił posłanie La Queue, jeszcze otumaniony całą treścią snów swoich tej nocy. Długo rozglądał się po morzu, na lewo, na prawo. Nakoniec oświadczył z posępną miną, że trzeba jednak zadosyć uczynić żądaniom pana Mouchel. Poczem wyruszył nie tracąc czasu do przystani z Tupainem i Brisemottem, zagroziwszy Margosi, że ją kijem w boki połaskocze, jeżeli się nie zachowa statecznie. W chwili gdy „Zefir” wypływał na morze, wójt na widok „Wieloryba” kołyszącego się ciężko na uwięzi uśmiechnął się i zawołał:

— No! co już dzisiaj, to figa dla was z tego!... Można śmiało zgasić świeczkę... ci pankowie w najlepsze chrapią...

Skoro zaś tylko „Zefir” znalazł się na pełnem morzu, La Queue zapuścił sieci. Następnie pospieszył zajrzeć do swych specyalnych więcierzy, w jakie najłatwiej łowić pewne gatunki raków oraz barweny. Lecz mimo, że morze było spokojne, w żadnym z więcierzy nic nie znalazł; w ostatnim jakby na urągowisko, złowiła się mała makrela, którą wyrzucił z furyą w morze. Prawdziwy pech. Trafiały się czasem całe tygodnie takie, w których ryba unikała formalnie Coqueville i to jakby na złość właśnie wtenczas, kiedy pan Mouchel objawiał najwyższe pragnienie kupna. Kiedy w godzinę potem La Quene pościągał sieci — nic w nich nie znalazł więcej prócz kłębka alg. Natenczas zaklął siarczyście, zacisnąwszy pięści, tem bardziej rozwścieklony, że ocean, pogodny, leniwy i senny, leżał podobny obrusowi z zczerniałego srebra pod niebem przeczyście błękitnem. Bez najlżejszego nawet kołysania ślizgał się zefir po falach powoli, słodko. La Queue postanowił wrócić do domu po powtórnem zaciągnięciu sieci. Po południu przypłynie się zajrzeć. Bluźniąc niebu i patronom i słowa miotając bezbożne, dał hasło do powrotu.

Tymczasem Rouget, Fouasse i Delfin spali ciągle. Nie można się ich było dobudzić aż w godzinie śniadania. Nic sobie z dnia wczorajszego nie mogli przypomnieć, zachowawszy to jedno w pamięci, że się raczyli czemś wybornem, czego nie znali zupełnie. Po południu, kiedy wszyscy trzej zeszli się w porcie, polowy próbował z nich coś wyciągnąć, teraz, kiedy byli znowu przy zdrowych zmysłach. Przypominało to — mówili — jakby gorzałkę z smażoną lukrecyą, albo też jeszcze prędzej rum, słodzony i przepalany. Mówili w ogóle tak i owak. Kierując się według ich określeń, polowy zdobył pewne poszlaki, że tu się miało do czynienia z ratafią, nie byłby jednak przysiągł na to. Dnia tego Rouget i obaj jego ludzie nie czuli się dosyć na siłach, aby wyruszyć na połów. Wiedzieli zresztą, że La Queue wyprawiał się zrana nadaremnie, umówili się zatem poczekać do jutra z odwiedzeniem założonych więcierzy. Rozsiadłszy się na głazach w trójkę, patrzyli na postępujący przypływ zgarbieni, z lepkością w ustach, na pół śpiący.

Naraz Delfin się ocknął. Wskoczywszy na głaz utkwił oczy w dal i zawołał:

— Spojrzcieno... O, tam!....

— Co takiego? — odrzekł Rouget, leniwie przeciągając kości.

— Beczka!

W mgnieniu oka Rouget i Fouasse byli na nogach a oczy ich, błysnąwszy pożądliwością, poczęły łakomie przeszukiwać widnokręg.

— Gdzie, chłopcze?... Gdzie jaka beczka?... — powtarzał Rouget z mocnem wzruszeniem.