— Poddaj się lub rozkażę wyważyć drzwi.
— Proszę bardzo — odparł Czarny Korsarz — Ostrzegam tylko, że beczka prochu jest gotowa. Wysadzę dom w powietrze razem z więźniami.
— Ty także zginiesz!
— Cóż począć! Śmierć pośród dymiących zgliszczy jest mi milsza od haniebnego losu, który mi zgotujecie, jeśli mnie schwytacie.
— Wyjdziesz z tego żywy, daję słowo.
— Na nic się zdadzą twoje obietnice, poruczniku, wiem, ile są warte. Jest szósta po południu i zrobiłem się już głodny. Wy się tu naradzajcie, a ja tymczasem przekąszę coś razem z hrabią i jego bratankiem. Bądź pewny, że nie zapomnimy wychylić kielicha także za wasze zdrowie, o ile wcześniej wszystko nie wyleci w powietrze.
Po tych słowach Czarny Korsarz uchylił kapelusza, ukłonił się niezwykle uprzejmie i wrócił do środka, co mocno wprawiło w zakłopotanie porucznika, żołnierzy i tłum gapiów.
— Chodźcie, kamraci — rzekł do Van Stillera i Carmaux. — Myślę, że mamy chwilę na pogawędkę.
— A co z żołnierzami? — zdumiał się Carmaux, który podobnie jak Hiszpanie był pod wrażeniem odwagi swojego przywódcy oraz umiejętności zachowania przezeń zimnej krwi.
— Niech sobie krzyczą, jeśli mają ochotę.