Spostrzegł od razu, że nieopodal rosną wysokie palmy, z których jedna strzela pióropuszem olbrzymich liści ponad dachówkami, ocierając się o ogradzający posiadłość mur.

— Tamtędy zejdziemy? — zapytał Moko.

— Tak, panie.

— Uda nam się uciec z tamtego ogrodu?

— Mam taką nadzieję.

Silne ramiona Van Stillera wypchnęły na dach hrabiego, jego bratanka, ich sługę i notariusza. W tej chwili pojawił się Carmaux i rzekł:

— Szybko, za dwie minuty dom zapadnie nam się pod nogami.

— Jestem zrujnowany! — załkał notariusz. — Kto mi odda za...

Van Stiller popchnął go, szorstko urywając potok słów.

— Albo idziesz, albo wylecisz w powietrze — zagroził.