Czarny Korsarz rozejrzał się dookoła, czy nie są w opałach, po czym przeskoczył na sąsiedni dach, a zaraz za nim hrabia i jego bratanek.

W tej chwili rozpoczęła się prawdziwa kanonada, strzelano teraz bez przerwy, a kłęby dymu unosiły się nad ulicą i wolno pełzały po dachach. Żołnierze najwyraźniej liczyli, że piraci poddadzą się w wyniku intensywnego ostrzału i że tym samym obejdzie się bez szturmu.

Być może obawiali się wciąż, że Czarny Korsarz wysadzi wszystko w powietrze, woląc dać się pogrzebać pod gruzami razem z czwórką więźniów niż poddać. Dlatego też zwlekali z ostatecznym atakiem.

Piraci zmuszeni byli teraz wlec ze sobą notariusza, który ledwo trzymał się na nogach. W końcu dotarli na skraj dachu ostatniego domu, w pobliże drzewa palmowego.

Poniżej rozpościerał się rozległy ogród okolony wysokim murem, który ciągnął się aż do granicy miejskich zabudowań.

— Znam ten ogród — powiedział hrabia. — Należy do mojego przyjaciela Moralesa.

— Mam nadzieję, że nas nie zdradzisz, hrabio — odparł Czarny Korsarz.

— Bez obaw, panie. Nie zapomniałem jeszcze, że zawdzięczam ci życie.

— Dalej, schodzimy — ponaglił Carmaux. — Eksplozja może nas stąd zrzucić.

Ledwie skończył mówić, gdy ujrzeli ogromny błysk, a zaraz potem usłyszeli straszny łomot. Dach zatrząsnął im się pod stopami. Upadli jeden na drugiego. Siła wybuchu wyrzuciła w powietrze fragmenty murów, strzaskane meble i płonące części garderoby. Dom notariusza obrócił się w perzynę. Chmura dymu opadła na dachy, na kilka chwil przesłaniając widoczność. Na ulicy, pośród przekleństw i okrzyków przerażenia, słychać było walenie się ścian i murów.