— To „Błyskawica” — powiedział. — Znajdźcie łódź i ruszamy.
Carmaux i Van Stiller usiłowali zorientować się w terenie, gdyż nie wiedzieli dokładnie, w którym miejscu wybrzeża wyszli z dżungli. Po chwili oddalili się pośpiesznie na północ, uważnie przepatrując namorzyny, których korzenie i pożółkłe liście nurzały swe końce w rozmigotanych falach.
Przeszli już dobrą milę, gdy w końcu udało im się odnaleźć łódź, którą odpływ wyrzucił na brzeg. Wsiedli do niej i popłynęli w stronę miejsca, gdzie czekali na nich Czarny Korsarz wraz z Moko.
Piraci zakryli zmarłemu twarz i ułożyli owinięte w czarną pelerynę zwłoki pomiędzy ławkami, po czym odbili od brzegu, wiosłując co sił.
Murzyn usadowił się na dziobie, trzymając w dłoniach muszkiet, który odebrał wcześniej Hiszpanowi, a Czarny Korsarz zajął miejsce na rufie, naprzeciw ciała swojego brata.
Pirat popadł w typową dla siebie posępną zadumę. Głowę ujął w dłonie, a łokcie oparł na kolanach; ani na chwilę nie odrywał wzroku od zmarłego, którego ciało rysowało się pod żałobnym całunem.
Siedział nieruchomo pogrążony w smutku. Wyglądał, jakby w ogóle nie oddychał. Zapomniał o całym otaczającym go świecie, o flocie admirała Toledo, o współtowarzyszach wyprawy i o swoim statku, który w lśniących wodach oceanu przypominał teraz olbrzymiego wieloryba unoszącego się na powierzchni płynnego złota.
Łódź mknęła po falach, coraz bardziej oddalając się od plaży. Woda wokół niej mieniła się, a wzbijane przez wiosła bryzgi błyszczącej piany przybierały kształt świetlistych strumieni. Pod powierzchnią falowały ogromne ilości osobliwych mięczaków, będących częścią tego widowiska. W morskiej toni pojawiły się pelagie, wielkie, podobne do lśniących kul meduzy, które, poruszane wieczorną bryzą, kołysały się w rytm fal. Nie brakowało też powabnych, bijących światłem koloru wrzącej lawy melitee, których dziwne ramiona układały się w kształt krzyża maltańskiego. Gdzie nie spojrzeć dryfowały acalefe, połyskujące blaskiem szlachetnych kamieni i urokliwe velelle, z których emanuje nieskończenie łagodny, błękitny blask. Z prądem unosiły się też okrągłe, zwykle żerujące w stadach żebropławy z gatunku beroe, wyposażone w niezliczone parzydełka i promieniujące zielonkawym światłem.
Pod powierzchnią wody przemykały ryby różnych gatunków, pozostawiając za sobą błyszczące smugi; wielokształtne ośmiornice poruszały się we wszystkie strony, a ich różnokolorowe cielska zlewały się w jedną barwną plamę; w morzu nurkowały potężne, wciąż liczne w tamtych czasach manaty41, które płetwami wykształconymi w miejscu przednich kończyn i długimi ogonami wzbijały w górę fontanny mieniącej się wody.
Silne ramiona dwóch wioślarzy napędzały łódź, która prędko pruła błyszczące fale, a uderzające o wodę raz za razem wiosła wzbijały w powietrze miriady42 lśniących kryształków.