Gdyby tylko admirał Toledo patrolował te wody, z pewnością wziąłby ich na cel: zarówno łódź jak i „Błyskawica” rzucały na wodę długi cień, wyraźnie odcinając się od błyszczącej wody.

Obaj piraci wiosłowali bez wytchnienia, rozglądając się z niepokojem na boki. Obawiali się, że w każdej chwili wróg pojawi się w zasięgu wzroku. Trudny do określenia niepokój i poczucie zagrożenia gnało ich naprzód. Rozświetlone morze, przewożone zwłoki, obecność posępnego i smutnego Czarnego Korsarza celebrującego żałobę po zamordowanym bracie, to wszystko wzbudzało w nich bliżej nieokreślony strach. Wiosłowali więc co sił, by jak najszybciej znaleźć się na pokładzie „Błyskawicy”.

Byli już nie dalej niż milę od statku, który ruszył kursem na wiatr w ich kierunku, gdy wtem usłyszeli dziwny dźwięk przypominający ni to przenikliwy skowyt, ni to rozpaczliwe zawodzenie.

Piraci zerwali się na równe nogi, z niepokojem wpatrując się w otaczającą ich ciemność.

— Słyszałeś? — zapytał Van Stiller i poczuł, jak zimny pot oblewa mu czoło.

— Tak — potwierdził Carmaux niepewnym głosem.

— To była ryba?

— Nigdy nie słyszałem ryby wydającej takie dźwięki.

— Więc co to mogło być?

— Nie wiem, ale krew ścięła mi się w żyłach.