Przypuszczano jednakże, że Moko był razem z nim, gdyż i on zniknął i nie pojawił się więcej ani na pokładzie, ani w żadnym innym zakamarku statku, nawet w ładowni.
Nikt jednak nie mógł odgadnąć, czym byli zajęci. Prawdopodobnie nie wiedział tego nawet zastępca kapitana. Carmaux próbował coś z niego wydobyć, lecz Morgan w odpowiedzi poczęstował go tylko kuksańcem i pogroził kułakiem, jakby chciał powiedzieć:
— Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy, jeśli ci życie miłe.
Zapadł wieczór. Marynarze zrefowali53 część żagli na wypadek, gdyby wiatr się wzmógł, co na tych szerokościach geograficznych prawie zawsze zwiastowało kłopoty. Carmaux i Van Stiller kręcili się w pobliżu nadbudówki, gdy nagle ujrzeli wełnistą głowę Moko wyglądającą przez otwór ładowni.
— A oto i on! — ucieszył się Carmaux. — Ciekaw jestem, czy kapitan dalej płynie z nami tym samym statkiem, czy może knuje coś ze swoimi braćmi w morskiej otchłani. Biorąc pod uwagę jego melancholijne usposobienie, byłby do tego zdolny!
— Nie wątpię — odparł Van Stiller, który znał przesądną naturę przyjaciela. — Więcej w nim z morskiej istoty niż z człowieka takiego jak my: z krwi i kości.
— Hej, przyjacielu! — krzyknął Carmaux do Moko. — Najwyższy czas, żebyś przyszedł się z nami przywitać.
— Kapitan mnie zatrzymał — wyjaśnił Moko.
— Jakieś nowiny? Co porabia?
— Zasępił się bardziej niż zwykle.