— Nigdy nie widziałem go wesołego, nawet na Tortudze. Ani cienia uśmiechu.

— Mówi wciąż o braciach i straszliwej zemście.

— Którą spełni, bracie. Czarny Korsarz to człowiek, który co do joty dotrzymuje złożonego słowa. Nie chciałbym znaleźć się w skórze gubernatora Maracaibo i jego krewnych.

— Van Gould żywi nieprzejednaną nienawiść do Czarnego Korsarza, ale to go wkrótce zgubi.

— A co jest przyczyną tej nienawiści, biały bracie?

— Słyszałem, że to zamierzchła przeszłość. Van Gould zaprzysiągł trzem korsarzom zemstę, zanim jeszcze przybył do Ameryki i zaoferował swe usługi Hiszpanom.

— Kiedy był w Europie?

— Zgadza się.

— Znali się wcześniej?

— Tak przynajmniej mówią. Kiedy Van Goulda obierano gubernatorem Maracaibo, do Tortugi przybijały właśnie trzy wspaniałe statki dowodzone przez Czarnego, Czerwonego i Zielonego Korsarza. Byli to piękni mężczyźni, odważni niczym lwy, zuchwali i nieustraszeni marynarze. Najmłodszym z nich był Zielony, a Czarny najstarszym, lecz żaden nie był gorszy od drugiego, a we władaniu bronią nie mieli równych wśród pirackiej braci. W krótkim czasie ci trzej piraci stali się postrachem Hiszpanów w całej Zatoce Meksykańskiej. Trudno zliczyć, ile statków złupili, ile miast zdobyli, nikt nie mógł zwyciężyć ich trzech wspaniałych żaglowców, najpiękniejszych, najzwrotniejszych i najlepiej uzbrojonych w całej pirackiej flocie.