Piraci spojrzeli na mostek kapitański.

Czarny Korsarz, jak zwykle ubrany na czarno, z nieodłącznym kapeluszem na czole, na którym powiewało wspaniałe pióro, pojawił się właśnie na pokładzie. Z opuszczoną głową i skrzyżowanymi rękoma cicho niczym duch krążył po mostku.

Morgan czuwał u jego boku, ale nie odważył się odezwać do niego ani słowem.

— Wygląda jak zjawa — wyszeptał półgłosem Van Stiller.

— Morgan wiele się od niego nie różni — ocenił Carmaux. — Jeden ponury jak noc, a drugi wcale nie weselszy. Dobrali się jak w korcu maku.

Nagle z grotmasztu, gdzieś od strony bocianiego gniazda, w którym majaczyła ludzka postać, ktoś krzyknął dwukrotnie:

— Statek na pełnym morzu, płynie kursem na wiatr!

Czarny Korsarz zatrzymał się raptownie. Chwilę stał nieruchomo, spojrzał na kierunek wiatru, ale znajdował się zbyt nisko, by móc dostrzec okręt płynący sześć czy siedem mil od nich.

Odwrócił się do Morgana, który także wyjrzał za burtę, i rozkazał:

— Wygasić światła.