— Tak, i poślemy go na dno. Tam śpią moi bracia, ale nie będą sami.
— Zgodnie z twoją wolą, kapitanie.
Morgan wskoczył na burtę i przytrzymując się baksztagu55, spojrzał w kierunku, z którego wiał wiatr.
W ciemnościach okalających mruczące morze na powierzchni wody migotały dwa światełka, w niczym nie podobne do blasku gwiazd.
— Znajdują się cztery mile od nas — powiedział.
— Czy wciąż kierują się na południe? — upewnił się Czarny Korsarz.
— W kierunku Maracaibo.
— Los im nie sprzyja. Wykonać zwrot, musimy przeciąć im drogę. Każ przynieść na pokład sto ręcznych granatów i dopilnuj, by zabezpieczono wszystko, co znajduje się w przejściach i kajutach.
— Staranujemy ich?
— Tak, jeśli tylko się da.