— Tak, kapitanie.

— Kto nią dowodzi?

— Biały przyjaciel i jego kompan.

— Chodź, pani.

Młoda niewiasta narzuciła sobie na głowę szal i wstała.

Czarny Korsarz bez słowa podał jej ramię i zaprowadził na pokład. Odprowadzając ją do szalupy, dwukrotnie zatrzymał się, by spojrzeć jej w twarz. Stłumił westchnienie.

— Żegnaj — powiedział, gdy dotarli do drabinki.

Dziewczyna podała mu swą drobną dłoń i dreszcz ją przeniknął, gdy poczuła, że cały drży.

— Dziękuję za gościnę, panie — wyszeptała.

Czarny Korsarz skinął głową w milczeniu i wskazał jej Carmaux i Van Stillera czekających u stóp drabinki.