— Dzielny z niego marynarz. Pewnego dnia stanie się sławnym piratem. Nie wypuści łupu z ręki i będzie stronił od problemów.

Z tubą w ręku wspiął się na burtę na rufie i krzyknął dźwięcznym głosem:

— Tnijcie cumę! Bosmanie Van Horn, kieruj się na Jamajkę. Poczekamy na was na Tortudze.

— Tak jest, kapitanie! — bosman, który czekał tylko na rozkaz kapitana, odpowiedział bez wahania. Teraz wziął do ręki siekierę i jednym ruchem przeciął linę. Odwrócił się do swojej załogi i krzyknął:

— Na chwałę Boga!

Okręt rozwinął żagle na fokmaszcie i bezanmaszcie. Główny żagiel był już całkowicie bezużyteczny. Statek wykonał zwrot i oddalił się ku widocznym na horyzoncie wybrzeżom, tymczasem „Błyskawica” zbliżyła się do zachodnich granic Haiti i południowych brzegów Kuby, po czym wpłynęła do tak zwanej Cieśniny Wiatrów79.

Sztorm zbliżał się szybko. Gniewne podmuchy wiatru gnane od strony Małych Antyli przerwały panującą dotychczas ciszę. Fale piętrzyły się coraz wyżej.

Woda w morzu wzburzyła się. Na jej powierzchni tworzyły się spienione wiry, a masy wodne formowały się w wielkie, spiętrzone góry, które z głośnym łoskotem waliły się w otchłań.

Czarne, skłębione chmury tłoczyły się po niebie, zaciemniając nieboskłon i zachodzące słońce. Nad wzburzonym morzem zapadła ciemność, a woda wydawała się tak czarna, jakby dolano do niej smoły.

Czarny Korsarz nie przejmował się żywiołem. Wzrokiem wciąż odprowadzał hiszpański okręt, który halsując pośród fal, znikał już za mglistym horyzontem, nieopodal brzegów wyspy.