— Czyżby przyjaciele? Aż trudno uwierzyć, że ośmieliliby się podpłynąć tak blisko, niemal pod lufy fortecznych dział. W dodatku ryzykują spotkanie z flotą wielkich żaglowców eskortujących galeony pełne złota!
— Kimkolwiek są, to już nie gra roli. Spostrzegli nas, Van Stillerze, i na pewno nie pozwolą nam uciec. Lepiej nawet nie próbować, bo jeden kartacz2 by im wystarczył, żeby nas posłać do diabła.
Ten sam, co uprzednio, donośny głos ponownie rozległ się w ciemności, niosąc się echem daleko ponad wodami Zatoki:
— Kto tam?
— Diabeł — odburknął człowiek zwany Van Stillerem.
Jego kompan zaś wszedł na ławkę i krzyknął na całe gardło:
— A kto śmie pytać, kim jesteśmy? Jeśli cię zżera ciekawość, to sam tu do nas zejdź, a przywitamy cię pięknie kulką z pistoletu.
Ta bezczelna zaczepka, zamiast rozsierdzić człowieka wypytującego przybyszów, wprawiła go chyba w zadowolenie, gdyż odparł:
— Moi dzielni przyjaciele! Chodźcie tu do nas i uściśnijcie Braci Wybrzeża3!
— Bracia Wybrzeża! — krzyknęli dwaj mężczyźni w łodzi, nie posiadając się z radości.