Zza przylądka wynurzył się właśnie żaglowiec z zawieszoną na grotmaszcie hiszpańską flagą i wstęgą — oznaką wojennych fregat. Statek ten trzymał się jednakże blisko brzegu; wydawało się, że załoga spostrzegła potężną piracką flotę i zmieniła kurs, by w razie czego móc schronić się na lądzie.

Był to potencjalnie prosty łup: statki pod wodzą Franciszka l’Olonnais mogły z łatwością okrążyć hiszpański okręt i jedną salwą posłać go na dno, lecz nie godziło się, by piraci uciekali się do nikczemnych posunięć niegodnych ich pochodzenia. Ci dumni marynarze nade wszystko cenili sobie równą i uczciwą walkę, a napaść na nieprzyjaciela siłami znacznie go przewyższającymi uważali za tchórzostwo.

Franciszek l’Olonnais nakazał Czarnemu Korsarzowi ustawić statek w dryf, po czym energicznie pożeglował na spotkanie nieprzyjaciela, wzywając go do walki lub poddania. Polecił też marynarzom na dziobie, by poinformowali resztę floty, że niezależnie od wyniku potyczki żaden statek nie pośpieszy mu z pomocą.

Nieszczęśni Hiszpanie w obliczu takiego zagrożenia nie mogli mieć najmniejszej nadziei na zwycięstwo; zaatakowana załoga nie kazała sobie dwa razy powtarzać wezwania, kapitan przybił wielki sztandar do masztu i w odpowiedzi wystrzelił w kierunku piratów z ośmiu dział umieszczonych na lewej burcie, dając atakującym do zrozumienia, że nie podda się bez walki.

Obie strony przystąpiły do bitwy z dużym zaangażowaniem. Hiszpański statek miał na pokładzie szesnaście dział, lecz tylko sześćdziesięciu ludzi. Franciszek l’Olonnais posiadał taką samą liczbę armat, ale jego załoga liczyła sobie dwa razy więcej marynarzy, a wśród nich nie brakowało pierwszorzędnych strzelców, których niezawodne oko zazwyczaj decydowało o losach potyczki.

Flota tymczasem stanęła w dryfie, posłuszna rozkazom swego dowódcy. Załogi zebrane na pokładach z daleka obserwowały starcie; nierówny rozkład sił nie dawał jednak Hiszpanom żadnych szans na zwycięstwo, stąd też rozstrzygnięcie mogło być tylko jedno.

Zaatakowani marynarze, choć nieliczni, bronili się zaciekle. Ich armaty groźnie grzmiały, wypluwając w stronę przeciwnika niezliczoną ilość kul, którymi starali się strzaskać maszty przeciwnika i roznieść w pył korsarski statek, który szykował się do abordażu. Odpowiadali salwą na salwę, wykonywali ciągłe zwroty, pokazując się od dziobu, unikając w ten sposób staranowania i podziurawienia burt bukszprytem. Zresztą gdy tylko spostrzegli liczebną przewagę przeciwnika, za wszelką cenę starali się opóźnić bezpośredni kontakt obu żaglowców.

Ten zaciekły opór rozsierdził tylko Franciszka l’Olonnais; zniecierpliwiony czekaniem pirat próbował wszystkiego, byle tylko zbliżyć się do wroga i spróbować abordażu, ale wciąż coś stawało mu na przeszkodzie. Raz za razem musiał odpływać na bezpieczną odległość, by nieustannie prowadzony ostrzał nie wybił doszczętnie jego własnej załogi.

Walka trwała trzy długie godziny. Mimo że maszty i ożaglowanie obu statków zostało już poważnie uszkodzone, piraci nie zdołali wedrzeć się na pokład przeciwnika i strącić hiszpańskiego sztandaru. Ilekroć szykowali się do abordażu — a tych podejść było aż sześć — tylekroć sześćdziesięciu śmiałków odpierało ich ataki. Dopiero za siódmym razem z impetem wezbranej fali przedostali się na wrogi statek i ściągnęli jego flagę.

Piraci wznieśli gromkie „hurra!”, wiwatując na cześć zwycięstwa l’Olonnais, które dobrze wróżyło powodzeniu wyprawy. Radość piratów wzrosła jeszcze bardziej, gdy okazało się, że „Błyskawica”, zniesiona morskim prądem aż do przybrzeżnej zatoczki, natknęła się tam na uzbrojony w osiem dział, nieco mniejszy hiszpański statek, i pokonała go w krótkim starciu.