— Jeśli tak bardzo nalegasz, dobrze, powiem ci! To książę Van Gould.
W tej chwili rozległ się wystrzał armatni. Czarny Korsarz wyskoczył z kajuty krzycząc:
— Świta!
Honorata nie powstrzymała go. W rozpaczliwym geście uniosła ręce nad głowę i jak rażona piorunem bezgłośnie padła na dywan.
Rozdział XIX. Szturm na Maracaibo
Wystrzał, który wywabił Czarnego Korsarza z kajuty, padł z pokładu statku dowodzonego przez Franciszka l’Olonnais. Krótko przedtem jego okręt wysunął się na czoło flotylli i stanął w odległości dwóch mil morskich od Maracaibo, naprzeciwko położonej na wzgórzu twierdzy, która wraz z dwiema pobliskimi wyspami miała za zadanie bronić dostępu do miasta.
Piraci, którzy byli już wcześniej w Zatoce Wenezuelskiej w towarzystwie Zielonego Korsarza i Czerwonego Korsarza, doradzili Franciszkowi l’Olonnais, by właśnie tam — dwie mile od miasta — szalupy wysadziły na ląd oddziały bukanierów, co pozwoliłoby wziąć w dwa ognie wznoszącą się przy prowadzącym do jeziora przesmyku twierdzę. Ten skorzystał z ich rady i wystrzałem dał sygnał do rozpoczęcia działań wojennych. W mgnieniu oka opuszczono na wodę wszystkie łodzie z wszystkich ośmiu statków. Zrobiło się na nich tłoczno od bukanierów i korsarzy, którzy uzbrojeni w muszkiety i kordelasy od strony lądu mieli przypuścić atak na twierdzę.
Na rozkaz Morgana jako pierwsi do szalup wsiedli najsprawniejsi i najlepiej zbudowani. Po chwili na mostku kapitańskim pojawił się Czarny Korsarz.
— Panie Kapitanie — zwrócił się do niego zastępca — nie mamy ani chwili do stracenia. Lada chwila zacznie się szturm twierdzy, ale to nasi korsarze muszą odegrać pierwszoplanową rolę w tym ataku.
— Czy Franciszek l’Olonnais wydał jakiś rozkaz?