— Do ataku, moi dzielni piraci! — krzyknął Franciszek l’Olonnais.

— Naprzód, wilki morskie! — zagrzmiał głos Czarnego Korsarza, który ruszył do przodu, trzymając w prawej ręce szpadę, w lewej zaś pistolet.

Zaatakowani z zaskoczenia Hiszpanie zaczęli zapalczywie miotać gradem pocisków. Te jednak nie trafiały nieprzyjaciela, który nacierał pod osłoną porastających górskie zbocze drzew i zarośli. Silny ostrzał z twierdzy rozrywał na strzępy porastające wzgórze drzewa, które z łoskotem padały na ziemię. Połamane gałęzie rozpryskiwały się na prawo i lewo, a rozprute pociskami strzępy liści i owoców spadały lawiną na głowy nacierających marynarzy. Nic jednak nie było w stanie powstrzymać szturmu nieustraszonych korsarzy i bukanierów z Tortugi. Z siłą rozpędu niszczącej wszystko na swej drodze trąby powietrznej uderzyli w oddziały hiszpańskie, które pomimo zaciekle stawianego oporu padały jak muchy sieczone ostrzem kordelasów. Nieliczni salwowali99 się ucieczką, chcąc ujść z życiem. Większość jednak wolała polec z bronią w ręku, niż się poddać.

— Na twierdzę! — krzyknął Franciszek l’Olonnais.

Ośmieleni pierwszym zwycięstwem korsarze wbiegli na wzgórze pod osłoną gęstej roślinności.

Teraz było ich ponad pięciuset, bo tymczasem dołączyli do nich kolejni kamraci. A wejście na szczyt wcale nie należało do najłatwiejszych, zważywszy, że nie mieli na wyposażeniu drabin. W dodatku hiszpański garnizon, złożony z dwustu pięćdziesięciu dzielnych, dobrze wyszkolonych żołnierzy, stawiał zaciekły opór i nie dawał za wygraną. I nic nie wskazywało, że w ogóle da.

Położenie twierdzy na znacznej wysokości pozwalało prowadzić nieprzerwany ostrzał. Nawałnica pocisków siarczystym ogniem spadała na las, przez który posuwali się naprzód, narażając się na straszliwą śmierć w ogniu. Franciszek l’Olonnais i Czarny Korsarz, widząc, jakże zajadły jest opór wroga, postanowili się naradzić.

— Stracimy zbyt wielu ludzi — powiedział Franciszek l’Olonnais. — Trzeba znaleźć sposób, który pozwoli nam zrobić breszę100, w przeciwnym razie damy się powybijać jak kaczki.

— Sposób jest tylko jeden — odrzekł na to Czarny Korsarz.

— Zamieniam się w słuch!