— Tak, kamracie.
— A te odgłosy teraz to co? Słyszysz? Jakby armia kowali tłukła miedzianymi garnkami na cześć Belzebuba.
— To są ropuchy.
— Na flaki rekina! Gdybyś nie powiedział mi tego ty, a ktoś inny, to bym pomyślał, że albo sobie ze mnie stroi żarty, albo że zwariował. To jakiś mało znany gatunek ropuchy?
W tej właśnie chwili przeciągły, donośny pisk, przeradzający się po chwili w skowyt poniósł się hen, daleko po rozległej puszczy, uciszając ropuszy koncert.
Moko uniósł wzrok do góry i chwycił trzymany u swego boku muszkiet. Gwałtowność tego gestu zdradzała dość silny niepokój.
— Coś mi się zdaje, że tym razem to wcale nie są odgłosy żaby, prawda, drogi Moko?
— Oczywiście, że nie! — wykrzyknął Afrykańczyk drżącym głosem.
— A więc co to takiego?
— Jaguar.