Wytężając słuch, można było usłyszeć pośród drzew kocie mruczenie przeplatane szelestem listowia. Drapieżnik z pewnością wyczuł obecność intruzów, poruszał się więc bardzo ostrożnie, licząc, że lada chwila uda mu się kogoś dopaść. Czarny Korsarz, nie chcąc dać się zaskoczyć przeciwnikowi, stał nieruchomo przy palenisku z szablą w dłoni, wodząc bacznie wzrokiem po otaczających go zewsząd zaroślach i nasłuchując, skąd nadchodzi niebezpieczeństwo. Za jego plecami ustawili się Carmaux i Moko. Pierwszy dzierżył w dłoni kordelas, drugi natomiast muszkiet, który jednak trzymał za lufę, by na wypadek zagrożenia użyć go w charakterze maczugi.

Szelest dobiegał od strony gęstszej połaci lasu i stawał się coraz głośniejszy. Zbliżało się też — tyle że powoli — kocie mruczenie. Jaguar stąpał bardzo ostrożnie. W pewnej chwili ucichły wszelkie odgłosy. Czarny Korsarz pochylił się do przodu, nadstawiając ucha. Wyprostowując się, zauważył w bliskiej od siebie odległości dwa przezierające przez zarośla błyszczące zielone punkciki, które nieruchomo się weń wpatrywały.

— Tam jest, panie kapitanie — powiedział szeptem Carmaux.

— Widzę go — odpowiedział Czarny Korsarz, nie tracąc rezonu.

— Zaraz się na nas rzuci.

— Tylko na to czekam.

— Diablo odważny mężczyzna z kapitana — wymamrotał pirat. — Nie przestraszyłby się samego Belzebuba i jego ogoniastej hałastry.

Jaguar zatrzymał się trzydzieści kroków od obozowiska, co dla takich drapieżników jak on — zdolnych skoczyć nawet dalej niż tygrysy — stanowiło odległość w sumie niewielką. Jednakże zwierzę wcale nie zamierzało atakować. Czyżby niepokoił je tlący się przy drzewie ogień, czy może raczej śmiała i niewzruszona postawa Czarnego Korsarza? Zwierzę odczekało chwilę przyczajone za zaroślami, nie przestając bacznie przyglądać się swojemu przeciwnikowi w pozycji gotowej do skoku. Po chwili błyszczące punkciki zniknęły.

Słychać było tylko chrzęst gałęzi i szelest liści, które wkrótce ucichły.

— Rozmyślił się — odetchnął z ulgą Carmaux. — Niech go kajmany108 pożrą w kilku kęsach!