— To cud, że nie rozszarpał mi gardła — rzekł Katalończyk. — Podobno z wielką wprawą przegryzają tętnicę, żeby wysysać krew swoich ofiar.
— Z wprawą czy bez niej, nieważne. W drogę! — powiedział Czarny Korsarz. — Przez tego kuguara110 zmitrężyliśmy mnóstwo cennego czasu.
— Nasze nogi są bardzo szybkie, panie kapitanie.
— Wiem, Carmaux. Nie zapominajmy jednak, że Van Gould ma znaczną przewagę nad nami. Komu w drogę, temu czas, przyjaciele.
Zostawili truchło kuguara i zagłębili się w niezmierzone leśne połaci, znów karczując napotykane na swej drodze liany i korzenie. Znaleźli się teraz na terenach podmokłych, gdzie nawet najmniejsze drzewa, zwykle przegrywające walkę o promienie słoneczne, rozrosły się bujnie. Stąpali po mchach tak nasiąkniętych wilgocią, że każdy krok wyciskał z nich wielkie kałuże wody, która wylewała się przez niezliczone pory.
Las skrywał w swym wnętrzu zdradzieckie grzęzawiska i piaszczyste pułapki, których ofiarą padał każdy, kto tylko postawił na nich stopę.
Świetnie rozeznany w terenie Katalończyk zachowywał niemalże przesadną ostrożność. W obawie przed piaszczystymi zapadliskami sprawdzał kijem grunt pod nogami i trącał nim wszystkie rosnące wkoło zarośla, w których mogły czaić się węże, licznie żyjące na tych wilgotnych terenach. Idąc tak ostrożnie naprzód, wypatrywał stale, dokąd prowadzi ich ścieżka i czy widać już skraj lasu.
Ostrożność była wskazana, nietrudno bowiem w tych ciemnościach nadepnąć na żararakę urutu, białopręgiego węża z krzyżem na głowie, sączącego jad wywołujący paraliż całej ukąszonej kończyny, czy na biczowąża długonosego, zwanego także potocznie „wężem-biczem”, którego bardzo łatwo pomylić z cienkimi, przypominającymi bicz właśnie zielonymi lianami, albo też na koralówkę arlekina, węża dysponującego trucizną, na którą nie ma żadnego ratunku.
W pewnym momencie Katalończyk zamarł w bezruchu.
— Co? Znowu kuguar? — zapytał Carmaux, który szedł tuż za nim.