— Boję się iść dalej, zanim nie wzejdzie słońce — odpowiedział.
— Czego się boisz? — zapytał Czarny Korsarz.
— Grunt zaczyna mi się osuwać pod nogami, a to oznacza, że jesteśmy w pobliżu tropikalnej sawanny.
— Czyżby grzęzawiska?
— Tego się właśnie obawiam.
— Stracimy za dużo cennego czasu.
— Za godzinę nastanie świt. Nie sądzicie chyba, że ścigani przez nas Hiszpanie, przeprawiając się przez mokradła, nie napotkali przeszkód?
— Trudno się nie zgodzić. Zaczekamy na wschód słońca.
Legli u stóp drzewa i niecierpliwie czekali, aż światło poranka rozrzedzi gęste nocne ciemności. W zatopionej jeszcze przed chwilą w ciszy niezmierzonej puszczy rozległ się koncert na tysiąc tajemniczych dźwięków. Wszelkiej maści żaby, ropuchy, grzbietorody amerykańskie i parraneca rechotały naraz na całego, tworząc nieznośny dla ucha zgiełk. Mieszały się ze sobą przeróżne odgłosy: skowyt, wycie, skrzek, jęki, bulgot tak głośny, jakby tysiące chorych jednocześnie płukało gardła, do tego zgrzyt i stukot tak hałaśliwy, jakby cała armia stolarzy cięła drewno i zbijała deski. Spomiędzy gałęzi natomiast dobiegał od czasu do czasu przenikliwy wizg, na którego odgłos piraci podnosili głowy do góry.
Sprawczyniami tych odgłosów były lilipucie jaszczurki, wyposażone w tak silne płuca, że siłą głosu mogłyby zagłuszyć gwizd lokomotywy.