Gwiazdy powoli gasły na niebie, a świt rozrzedzał ciemności, kiedy z daleka dobiegł ich odgłos wystrzału, którego nie można było pomylić z tropikalnym koncertem.
Czarny Korsarz zerwał się na równe nogi.
— Wystrzał z muszkietu? — zapytał, spoglądając na Katalończyka, który też właśnie poderwał się z ziemi.
— Wszystko na to wskazuje — odpowiedział Katalończyk.
— Czyżby ludzie, za którymi podążamy?
— Tak mi się wydaje.
— A zatem nie są daleko.
— To może być złudne. Pod tym zielonym sklepieniem echo jest w stanie przemierzać niewiarygodne odległości.
— Już dnieje. Możemy więc wyruszać, jeśli nie jesteście zmęczeni.
— Na odpoczynek przyjdzie czas później — odpowiedział Carmaux.