— Tak, caballero. To tak zwany surrillo, czyli skunksowiec andyjski, oczywiście najsmrodliwszy z całej skunksowej rodziny. Nikt nie jest w stanie znieść wydzielanego przez niego odoru, nawet psy.

— A skąd on wypuszcza ten diabelski smród?

— Z gruczołów ukrytych pod ogonem. Oblał cię tą cieczą?

— Nie, bo był za daleko.

— Miałeś zatem ogromne szczęście. Gdyby ta wydzielina choćby zrosiła twój ubiór, to byś kontynuował dalszą podróż nagusieńki jak Adam w raju.

— I tak śmierdzę gorzej niż gnojownik.

— Będziemy cię wędzić, już mówiłem.

— Do diabła z wszystkimi skunksowatymi, które chodzą po tej ziemi. Co jeszcze gorszego mogło mnie spotkać? Będzie się czym chwalić po powrocie! Nasi kamraci czekają, aż im przyniesiemy dziczyznę, a zamiast tego przyniosę ze sobą smród nie do zniesienia.

Hiszpan nie odpowiedział, śmiał się za to do rozpuku, słuchając utyskiwań swojego kompana, bacząc jednocześnie, żeby tamten trzymał się odeń na bezpieczną odległość, dopóki choć trochę nie owieje go świeże powietrze.

W obozie zastali Van Stillera, który — przekonany, że wloką ze sobą zbyt ciężką dla nich sztukę upolowanego mięsa — wyszedł im naprzeciw. Gdy tylko uderzył w niego smrodliwy powiew, zatkał sobie nos i czmychnął.