Carmaux z trudem wstał i skierował się w stronę Katalończyka, który z kolei, gdy tylko zobaczył, że ten zmierza ku niemu, szybko odskoczył i odsunął się na bezpieczną odległość.

— Na tysiąc rekinów! Boisz się mnie czy co? — zapytał Carmaux. — Zachowujesz się, jakbym miał co najmniej cholerę.

Caballero, nie ciebie się boję, tylko że sam przesiąknę tymi perfumami.

— Jak ja mam teraz wrócić do obozowiska? Wszystkich spłoszę, z kapitanem na czele.

— Musisz się trochę okadzić dymem i uwędzić — powiedział Katalończyk, który z trudem powstrzymywał śmiech.

— Jak śledzie?

— Ni mniej, ni więcej, caballero.

— Czy możesz mi powiedzieć, przyjacielu, co się właściwie stało? Czyżby to podłe zwierzę, które tak zawzięcie goniłem, uwolniło ten paskudny, podobny do zgniłego czosnku smród, za sprawą którego teraz treść żołądka podchodzi mi do gardła. Jeszcze chwila i eksploduje mi mózg.

— Wierzę.

— To ten zwierzak, co?