— Ty huncwocie! — krzyczał. — Możesz sobie uciekać gdzie chcesz, a i tak cię dopadnę!
Biedne zwierzę pędziło jak oszalałe, choć powoli traciło już siły. Ślady krwi widoczne na porastającej ścieżkę trawie i na liściach drzew wskazywały, że Carmaux jednak nie spudłował. W pewnym momencie wycieńczone ucieczką i osłabłe na skutek utraty krwi zwierzątko przystanęło przy konarze drzewa. Carmaux był już pewien zdobyczy; zbliżył się jeszcze bardziej, gdy nagle odurzył go smród tak niewiarygodny, że jak oparzony odskoczył do tyłu.
— Na truchła wszystkich rekinów w oceanie! — dał upust swojej złości. — Do piekła z tym ścierwem! Niech spłonie!
Nie zdążył jednak wyrzucić z siebie całej złości, a inwektywy uwięzły mu w gardle, bo nagle zaczął niemiłosiernie psikać i kichać.
Katalończyk pośpieszył mu z pomocą. Jednakże zatrzymał się nagle na kilkanaście kroków przed nim, zasłaniając oburącz nos.
— Carramba! — wykrzyknął. — Mówiłem ci, caballero, żebyś się zatrzymał. Skropiono cię takimi perfumami, że będziesz je teraz czuć przez tydzień. Pozwól, że nie będę się do ciebie zbliżał.
— Przyjacielu — krzyknął Carmaux — czyżbym był zadżumiony? Zbiera mi się na wymioty, zupełnie jakbym cierpiał na chorobę morską.
— Natychmiast stąd uciekaj i wywietrzej!
— Mam wrażenie, że umieram. Co się stało?
— Ruszaj się, no już! Uciekaj od tego smrodu, którym przesiąkły nawet krzaki.