— Tak.

— W razie czego strzelamy!

Rozdział XXIV. Pechowiec Carmaux

W odległości około stu trzydziestu stóp od piratów, którzy ukryli się za szerokim konarem olbrzymiej simarouby, zaszeleściły cicho zarośla. Gałęzie poruszały się na boki, jakby jakieś zwierzę szukało właściwej drogi, niepewne dokąd iść. Bez wątpienia jednak wciąż zbliżało się ku piratom.

W pewnym momencie Carmaux ujrzał wyskakujące zza krzaka na małą polanę czterdziestocalowe zwierzę, o rudej i czarnej sierści, o krótkich nogach i niezwykle puszystym ogonie. Nie miał bladego pojęcia, co to za gatunek, nie wiedział też, czy jest w ogóle jadalny. Jako że futrzak przystanął w odległości zaledwie trzydziestu kroków, pirat wycelował muszkiet i oddał strzał.

Zwierzę padło jak kłoda, po chwili wstało i, zupełnie jakby nie było wcale ranne, dało drapaka w zarośla.

— Na flaki wszystkich rekinów w oceanie! — wykrzyknął pirat. — Spudłowałem! Nie łudź się jednak, drogi zwierzaku: długo sobie już nie pohasasz — dodał z przekonaniem w głosie.

Nawet nie nabił ponownie broni, rzucił się w pogoń w ślad za niedoszłym łupem, nie słuchając Katalończyka, który krzyczał za nim:

— Bądź ostrożny!

Zwierzę gnało przed siebie co sił w nogach, zapewne chciało jak najszybciej schronić się w swojej norze. Jednak szybkonogi Carmaux deptał mu po piętach ze wzniesionym wysoko do góry kordelasem, gotów jednym ciosem je rozpołowić, gdyby tylko udało mu się je dopaść.