Tym razem to Czarnego Korsarza przeszedł dreszcz, tyle że był to dreszcz niepokoju, bo bać to się raczej nie miał w zwyczaju.
— Ach tak! — wykrzyknął, a jego blada twarz zrobiła się czerwona ze złości. — A więc mój statek może być w niebezpieczeństwie? — zamyślił się, po czym wzruszył ramionami i dodał:
— To nic! Kiedy okręty admirała dotrą do Maracaibo, będę już na pokładzie „Błyskawicy”.
Zerwał się gwałtownie, zagwizdał na dwóch piratów stojących na czatach przed zaroślami i rzucił krótko:
— Wracamy.
— A co robimy z jeńcem? — zapytał Carmaux.
— Zabierzemy go ze sobą. Odpowiadacie za niego głową.
— Niech mnie kule biją! — wykrzyknął Van Stiller. — Przywiążę go sobie sznurem do pasa, wtedy odejdzie mu ochota na ucieczkę.
Ruszyli w drogę gęsiego. Prowadził Carmaux, Van Stiller zaś zamykał pochód i pędził przed sobą jeńca, nie chcąc ani na chwilę stracić go z oczu.
Wstawał świt. Różowe promienie jutrzenki rozpraszały ciemności i rozlewały się po niebie, przenikając przez baldachim gigantycznych drzew. Liczne w południowej Ameryce, a zwłaszcza w Wenezueli małpy budziły się do życia, wypełniając gęstwinę dzikimi krzykami.