Na widok wycelowanych muszkietów i piaye, i dwóch grajków natychmiast dało drapaka i schowało się w zaroślach.

Czarny Korsarz zabronił do nich strzelać podczas ucieczki, nie chcąc prowokować starcia. Kroczył odważnie przez las, gotów w każdej chwili przeciwstawić się atakowi dzikiej hordy Arawaków.

Wstąpił w niego na powrót niezłomny duch walki, znów był nieustraszonym piratem z Tortugi, który w przeszłości tyle razy wykazał się odwagą.

Trzymając szablę w prawej dłoni, a pistolet w lewej, prowadził niewielki oddział i torował wszystkim drogę pośród leśnego gąszczu, gotów w każdej chwili stawić czoło nieprzyjaciołom.

Spośród gałęzi wyleciało ze świstem kilka strzał. Van Stiller i Carmaux odpowiedzieli strzałem z muszkietu, tyle że na chybił trafił, albowiem tymczasem spłoszeni Indianie zdążyli pochować się w leśnej gęstwinie, wbrew zuchwałym zapewnieniom plemiennego negocjatora.

Drużyna zaczęła strzelać na oślep na lewo i prawo, w równych minutowych odstępach, ukryty zaś w zaroślach przeciwnik wypuścił ledwie kilka strzał i dzid, które nikogo nawet nie drasnęły. W końcu przedostali się przez najgęstszą część lasu i znaleźli się na polanie, pośrodku której znajdował się niewielki staw. W związku z tym, że słońce chyliło się ku zachodowi i że w zasięgu wzroku nie było już żadnego Indianina, Czarny Korsarz nakazał rozbić się obozem.

— W razie czego tutaj stawimy im czoła — powiedział, zwracając się do towarzyszy wędrówki. — Polana jest wystarczająco rozległa, aby z dużej odległości zauważyć, gdy wróg będzie się zbliżać.

— Trudno byłoby o lepsze miejsce — powiedział Katalończyk. — Indianie są niebezpieczni w leśnych ostępach, ale nie mają odwagi atakować na otwartej przestrzeni, a poza tym przysposobię w taki sposób obozowisko, że nawet gdyby chcieli, to i tak nie dadzą nam rady.

— Chcesz się okopać? — zapytał Carmaux. — To zbyt czasochłonne, mój kataloński przyjacielu.

— Wystarczy ściana ognia.