— Mój biały brat to niezły spryciarz — zaśmiał się Murzyn.

— Zrobiłem te kukły, bo inaczej Indianie mogliby wziąć na cel Czarnego Korsarza i Katalończyka. Teraz są bezpieczni, już nic im nie grozi.

— Cicho, kamracie, nadchodzą!

— Jestem gotów. Hej, Van Stiller, dorzuć jeszcze garść pieprzu.

Hamburczyk miał już wstać, lecz szybko schylił głowę. Kilka strzał świsnęło mu koło ucha i wbiło się w kukły nieopodal.

— Cała trucizna na marne, jaka szkoda, moi drodzy — wymamrotał pod nosem Carmaux. — No już, pokażcie się! Zaraz posmakujecie moich ołowianych słodyczy.

Nie widząc oznak życia, Indianie wypuścili kolejną serię strzał, które ponownie utkwiły w kukłach. Następnie najodważniejszy spośród nich wyskoczył z zarośli, trzymając w dłoni ogromną maczugę.

Carmaux podniósł muszkiet i wziął go na muszkę. Już miał nacisnąć spust, gdy pośród rozległego lasu, w odległości kilku mil od miejsca, gdzie się znajdowali, rozległy się nagle cztery strzały, którym towarzyszyły donośne okrzyki.

Indianin błyskawicznie zawrócił, wskakując z powrotem w zarośla, zanim Carmaux zdążył wziąć go znów na cel. Strzały i okrzyki wybudziły z błogiego snu Czarnego Korsarza i Katalończyka, którzy zerwali się na równe nogi jak oparzeni, sądząc, że Indianie przypuścili atak na obozowisko.

— Gdzie oni są? — zapytał Czarny Korsarz, rzucając się przed siebie.