— Ale w jaki sposób...? — zapytał tenże.

Katalończyk włożył jedną rękę do beretu i wyciągnął lśniącego jasnozielonym światełkiem owada. Rzucana przez niego poświata rozpraszała ciemności na wcale niemałą odległość.

— Zróbmy tak, jak tubylcy, i przywiążmy sobie do nóg dwa cucuyos. A światło, którym emanują, pozwoli nam przedostać się nie tylko przez liany i korzenie tarasujące drogę, lecz także uniknąć spotkania z niebezpiecznymi wężami, które kryją się pośród liści. Macie ze sobą sznurek?

— Prawdziwy marynarz się z nim nie rozstaje — odrzekł Carmaux. — Ja się tym zajmę.

— Tylko nie przywiąż ich zbyt mocno.

— Bez obaw, Katalończyku. Robaczków mamy pod dostatkiem.

Carmaux, wspomagany przez Van Stillera, wyciągał delikatnie cucuyos i przywiązywał je parami do kostek swoich towarzyszy, zachowując przy tym dużą ostrożność, w obawie, że mógłby skrzywdzić te wdzięczne stworzenia. Uporał się z tym zadaniem — skądinąd wcale niełatwym — w ciągu pół godziny. I w końcu każdy z członków wyprawy był wyposażony w te dziwaczne żywe latareczki.

— Przedni pomysł! — powiedział Czarny Korsarz.

— Sprawdzony przez tubylców — odpowiedział Katalończyk. — Dzięki nim ominiemy wszystkie napotkane na naszej drodze przeszkody.

— Jesteście gotowi?