— Zwarci i gotowi! — odpowiedział Carmaux.
— A zatem naprzód! Tylko nie róbcie hałasu.
Ruszyli przed siebie, gęsiego, dziarskim krokiem, stąpając ostrożnie i patrząc pod nogi.
Cucuyos były jak znalazł, ułatwiały wędrowcom przemarsz przez dziką puszczę, pomagały im dostrzec nie tylko wijące się liany i wystające z ziemi korzenie, lecz także nocne owady. Spośród wszystkich występujących w przyrodzie gatunków świetlików właśnie te są najwspanialsze i największe. Wytwarzane przez nie światło jest tak silne, że pozwala czytać z odległości ponad dwunastu cali.
Młode owady promieniują światłem jasnoniebieskim, wraz z wiekiem natomiast kolor ten ulega zmianie i przechodzi w niezwykle efektowną bladą zieleń. Lekko świecą również składane przez samice jaja.
W wyniku interesujących badań przeprowadzonych na Pyrophorus noctilucus — bo tak brzmi naukowa nazwa tych świetlików — a mających na celu bliższe poznanie narządów odpowiedzialnych za wytwarzanie tak intensywnego światła, okazało się, że składają się na nie trzy usytuowane w przedniej części tułowia płytki i jedna ukryta w brzuchu, a substancją generującą światło jest rozpuszczalny w wodzie albuminoid, który krzepnie w kontakcie z ciepłem.
Wyciągnięte z ciała owada narządy nie przestają świecić przez pewien czas. Swoje właściwości świetlne zachowują nawet zasuszone czy sproszkowane — wystarczy je wówczas polać odrobiną czystej wody.
Piraci kontynuowali swój szybki marsz. Przedzierali się niestrudzenie przez chaszcze i gąszcze, szli pod girlandami lian, pokonywali labirynt uformowany przez ogromne korzenie i przeskakiwali przez powalone konary drzew, które zakończyły swój żywot ze starości lub na skutek uderzenia pioruna. Strzały ucichły. Gdzieś w oddali co jakiś czas rozbrzmiewały okrzyki, po czym na krótko milkły, by po chwili wybuchnąć ze zdwojoną siłą i zaraz potem na powrót ucichnąć. Raz po raz słychać było melodię piszczałek i głuchy odgłos wydawany przez coś w rodzaju bębenka.
Wszystko wskazywało na to, że walka dobiegła końca, a plemię rozbiło obozowisko w jakimś oddalonym zakątku niezmierzonej puszczy z zamiarem świętowania odniesionego zwycięstwa i delektowania się makabryczną ucztą — trzeba wiedzieć, że ówcześni wenezuelscy Indianie, zwłaszcza plemiona Karaibów i Arawaków, mieli w zwyczaju pożerać swoich więźniów i zabitych w walce przeciwników.
Katalończyka zżerała ciekawość, żeby dowiedzieć się, jaki los spotkał jego pobratymców, coraz to bardziej przyśpieszał więc kroku. Nie martwił go z kolei wcale los gubernatora, jego bowiem nawet chętnie zobaczyłby nadzianego na rożen i skwierczącego nad ogniem, ale jego rodacy to co innego. Szedł więc coraz szybciej, w obawie, że któryś z nich mógł wpaść w ręce tych ludożerców, a jednocześnie z nadzieją, że uda mu się dotrzeć do nich na czas i przynieść im wybawienie.