Okrzyki były już dość blisko, gdy nagle idący obok Katalończyka Carmaux, chcąc ominąć lianę, spojrzał w górę i potykając się o coś masywnego, runął jak długi na ziemię, zgniatając przy tym przywiązane do kostek cucuyos.

— Do stu tysięcy bomb i kartaczy! — zaklął, powoli się podnosząc. — Przecież to trup!

— Trup! — zawtórowali mu Katalończyk i Czarny Korsarz, nachylając się ku ziemi.

— Spójrzcie tylko!

Na ziemi, pośród zbutwiałych liści i korzeni, leżał postawny Indianin w ciemnoniebieskiej opasce biodrowej. Jego głowę — rozpołowioną ostrzem szabli — zdobiło papuzie pióro, a w klatce piersiowej najpewniej tkwiła kula. Śmierć musiała nastąpić nie tak dawno, jego rana bowiem broczyła jeszcze świeżą krwią.

— Być może walki rozegrały się właśnie tutaj — powiedział Katalończyk.

— Wszystko na to wskazuje — potwierdził przypuszczenie Van Stiller. — Nieopodal widzę maczugi i tkwiące w konarach drzew strzały.

— Zobaczmy, czy nie ma tu gdzieś moich rodaków — powiedział z przejęciem Katalończyk.

— To strata czasu — powiedział Carmaux. — Jeśli kogoś zabili, to teraz jest już opiekany na rożnie.

— Być może jednak komuś, kto został ranny, udało się ukryć w leśnym gąszczu.