— Szukajcie zatem! — powiedział Czarny Korsarz.

Katalończyk, Murzyn i Van Stiller zaczęli przeczesywać zarośla, po cichu nawołując, lecz nikt im nie odpowiedział.

Natrafili natomiast na kolejnego indiańskiego trupa, któremu dwie kule przeszyły serce. Poza tym znaleźli maczugi, łuk i kołczan ze strzałami.

Upewnili się, że nikogo żywego tam nie było, i ruszyli przed siebie.

Plemienne okrzyki były coraz bliżej. Na ich podstawie zakładali, że w ciągu kwadransa szybkiego marszu dotrą do obozowiska ludożerców.

Wszystko rzeczywiście wskazywało na to, że Arawakowie świętowali zwycięstwo, albowiem okrzykom towarzyszyła radosna melodia wygrywana na piszczałce.

W końcu leśna gęstwina zaczęła się przerzedzać, w prześwitach liści i gałęzi dostrzegli wznoszący się wysoko ku górze snop światła.

— Czyżby Indianie? — zapytał Czarny Korsarz, zatrzymując się.

— Tak — potwierdził Katalończyk.

— Rozłożeni obozem wokół ogniska?