Urwał zdanie w połowie na odgłos łamanej gałęzi. Spojrzał z przerażeniem na drapieżnika, któremu najwyraźniej zrobiło się niewygodnie i postanowił trochę rozprostować kości.
— Panie kapitanie, coś mi się zdaje, że zaraz zaspokoi mną swój głód.
— Nie ruszaj się! — upomniał go Czarny Korsarz. — Przecież ci powiedziałem, że mam w dłoni szablę.
— Nie mam wątpliwości, że nie ujdzie z życiem, jednak...
— Cisza, pod nami kręci się dwóch Indian.
— Jakże bym chciał im zrzucić na głowy tego nieznośnego kocura.
Spojrzał w kierunku końca gałęzi. Zwierzę wyglądało, jakby przygotowywało się do skoku.
„Czyżby chciał sobie pójść?” — pomyślał, ciężko oddychając. „Czas najwyższy, żeby zmienił miejsce”.
Spojrzał w dół i zobaczył dwa krążące wokół drzewa cienie. Indianie zaglądali pod korzenie, pod którymi mogło schować się wielu ludzi.
— To się źle skończy — wyszeptał pod nosem.