Dwaj Indianie stali przez chwilę u podnóża drzewa-olbrzyma, po czym zrezygnowali i oddalili się, ginąc w leśnym gąszczu. Współplemieńcy musieli być już daleko, bo ich odgłosy stawały się coraz cichsze.

Czarny Korsarz odczekał dłuższą chwilę, a następnie, kiedy już na dobre ucichły wszelkie odgłosy i rwetes i kiedy upewnił się, że Arawakowie oddalili się już definitywnie, powiedział do Carmaux:

— Potrząśnij gałęzią.

— Co chcesz robić, kapitanie?

— Pomóc ci się pozbyć tego niemiłego towarzystwa. Van Stiller, trzymaj szablę w pogotowiu.

— Ja też jestem gotów, kapitanie — odparł Moko, który chwycił muszkiet za lufę i stanął na gałęzi.

— Strącę tego kocura jednym ciosem — dodał z przekonaniem.

Gdy Carmaux zobaczył, że może liczyć na wsparcie kamratów, od razu poczuł się pewniej i zaczął skakać po gałęzi i zaczął gwałtownie skakać po gałęzi, potrząsając liśćmi.

Zwierzę natomiast, gdy poczuło się zagrożone i zrozumiało, że czyhają na jego życie, głucho zamruczało, po czym zaczęło prychać jak rozwścieczony kot.

— Śmiało, Carmaux — powiedział Katalończyk. — Jeśli nie atakuje, to znaczy, że obleciał go większy strach niż ciebie. Potrząśnij porządnie tym kawałkiem drewna i się go pozbądź! No już!