— Na pewno znajdziemy jakiegoś kajmana.

— Nie ma tu sawanny. Są tylko węże.

— No to będziemy jeść węże.

— Ach, kamracie. Co za głupstwa pleciesz!

— Do stu rekinów! Z braku innego pożywienia usmażymy je i zjemy, udając, że to węgorze.

— Fu!

— No proszę, co za kapryśny Murzyn! — zirytował się Carmaux. — Zobaczymy, co powiesz, gdy zgłodniejesz.

Tak się przekomarzając, szli dalej szybkim krokiem poprzez wilgotne tereny, ponad którymi unosiła się falująca mgła pełna niebezpiecznych wyziewów.

Intensywną duchotę wyczuwało się także pod kopułą roślinności. Wyciskał on z piratów siódme poty. Wylewał się z nich wszystkimi porami, wsiąkając w ich ubrania i niszcząc w dodatku ich broń, Carmaux nawet zwątpił, czy na wypadek zagrożenia lub ataku wroga jego broń będzie jeszcze w ogóle zdolna do użytku i czy wypali.

Od czasu do czasu zagradzały im drogę niezliczone rozlewiska, w których zalegała brudna i śmierdząca ciecz, gęsto porośnięte wodną roślinnością — niejakimi agoa redonda, jak nazywali je hiszpańscy kolonizatorzy. Czasami natomiast musieli zwolnić kroku i zatrzymać się przed tak zwanym igarapé, czyli kanałami rzecznymi połączonymi z potokiem lub rzeczką. Tracili przy tym dużo czasu na przeprawę, szukali utwardzonej ścieżki i obawiali się, że zdradzieckie bagna mogłyby ich pochłonąć.