Szukali właśnie odpowiedniego miejsca na postój, kiedy zobaczyli Afrykańczyka, który wcześniej oddalił się nieco w poszukiwaniu owoców. Wrócił cały zdyszany i przerażony, a jego wzrok zdradzał szczery niepokój.
— Co się stało, Moko? — zapytał Carmaux, nabijając w pośpiechu broń. — Czyżby cię gonił jaguar?
— Nie, tam jest trup, biały człowiek nie żyje — odparł Murzyn.
— Biały człowiek! — wykrzyknął Carmaux.
— Czyli Hiszpan, tak? — zapytał Czarny Korsarz.
— Tak, mój panie. Potknąłem się i upadłem na niego, był zimny jak głaz.
— Czyżby to ta kanalia Van Gould? — zapytał Carmaux.
— Chodźmy zobaczyć — powiedział Czarny Korsarz. — Moko, prowadź!
Afrykańczyk wskoczył w gęstwinę krzaków calalupo, wydających owoce, z których po posiekaniu przyrządza się orzeźwiający napój. Po przebyciu około trzydziestu jardów zatrzymał się przed pniem samotnej simaruby obsypanej kwieciem.
Ich oczom ukazał się widok, który zdjął ich grozą: w zaroślach leżał nagi mężczyzna, ręce miał skrzyżowane na piersi, a jego nogi i stopy były ogryzione z mięsa przez jakiegoś węża lub przez termity.