Jego twarz była woskowa, żółta, cała umazana krwią, która wypływała z niewielkiej rany na wysokości prawej skroni. Miał długą, zmierzwioną brodę i otwarte szeroko wargi, które odsłaniały uzębienie. Puste oczodoły broczyły krwią.
Zbroja z kordobańskiej skóry ozdobiona arabeskami nie pozostawiała złudzeń co do jego pochodzenia. Zdradzały je także krótkie spodnie w żółto-czarne paski, jakie mieli w zwyczaju nosić Hiszpanie oraz leżące nieopodal długa szpada i niewielki hełm z wystającym białym piórkiem.
Katalończyk, który zdawał się być bardzo przejęty, pochylił się nad nieszczęśnikiem, a następnie wstał i krzyknął.
— Pedro Herrera! Biedny człowiek, kto cię teraz zastąpi...
— Znasz go? Czy to jeden z tych, którzy towarzyszyli Van Gouldowi?
— Tak, mój panie, dzielny to był żołnierz i lojalny kompan.
— Czyżby zabili go Indianie?
— Na pewno go ranili, bo widzę broczącą krwią ranę w prawej skroni, ale zabił go nietoperz.
— Co masz na myśli?
— Że ten żołnierz wykrwawił się, bo wyssał z niego krew dziki wampir krwiopijca. Widzisz ten niewielki otwór na skroni, przez który wypływa krew?