— Owszem, widzę.
— Być może oddział zostawił rannego Herrerę, bo rana uniemożliwiała mu dalszą wędrówkę i nie był w stanie dotrzymać im kroku. Osłabiony, zemdlał i wtedy przyssał się do niego latający wampir.
— A zatem Van Gould tędy przechodził?
— Na to wygląda.
— Jak myślisz, od kiedy nie żyje?
— Być może od rana. Gdyby umarł wczoraj wieczorem, to trupożerne robaki ogryzłyby go dawno do kości.
— Ach! A więc ten łotr jest nieopodal! — wykrzyknął ponurym głosem Czarny Korsarz. — O północy wyruszymy, a już jutro będziesz miał okazję się odwdzięczyć Van Gouldowi i wymierzysz mu dwadzieścia pięć razów. A ja oczyszczę ziemię, pozbywając się tego niegodziwego zdrajcy, i pomszczę swoich braci.
— Mam nadzieję, panie.
— Odpocznijcie trochę, bo potem nie zatrzymamy się, dopóki nie złapiemy Van Goulda.
— A niech to! — mruknął pod nosem Carmaux. — Ani chwili wytchnienia.