Na całe szczęście las robił się coraz rzadszy. Drzewa nie rosły już splecione gęsto ze sobą lianami, ale w oddzielnych skupiskach, w związku z czym piraci mogli przemieszczać się bardzo szybkim tempem i nie tracili więcej czasu na trzebienie gęstej roślinności i torowanie sobie ścieżki.
Wyczuwało się już bliskość jeziora. Powietrze było świeższe, nasycone solą, dookoła pojawiło się pełno wodnego ptactwa, zwłaszcza kilka sztuk bernikli białolicej, ptaków występujących na terenach wokół Zatoki Wenezuelskiej.
Czarny Korsarz szedł coraz szybciej, obawiając się, że nie zdoła dogonić uciekinierów. Nie maszerował, tylko biegł, wystawiając na ciężka próbę wytrzymałość nóg Carmaux i Van Stillera.
O godzinie siódmej, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, widząc, że towarzysze wędrówki zostali daleko w tyle, pirat zgodził się na piętnastominutowy postój, podczas którego opróżnili manierki i zjedli kilka sucharów.
Sam Czarny Korsarz natomiast nie spoczął. Podczas gdy Van Stiller i Carmaux zażywali odpoczynku, on przeszukiwał okolice, licząc, że uda mu się odnaleźć ślady zostawione przez uciekinierów. Oddalił się nieco na południe, mając nadzieję, że usłyszy jakieś odgłosy, a może i wystrzał, który pozwoliłby lepiej określić odległość dzielącą go od Van Goulda i jego oddziału. Po jakimś czasie wrócił i rzekł:
— No, ruszajmy, przyjaciele, dajmy z siebie wszystko, a Van Gould za chwilę będzie nasz. Jutro będziecie mogli sobie odpocząć do woli.
— Chodźmy — powiedział Carmaux, wstając z wielkim trudem. — Brzegi jeziora muszą być tuż, tuż.
Ruszyli przed siebie, przedzierając się pomiędzy krzakami. Powoli zapadał zmierzch, a z głębi lasu dochodziły odgłosy dzikich zwierząt.
Szli już od dwudziestu minut, wzdychając i sapiąc, wycieńczeni, kiedy w pewnym momencie usłyszeli dobiegający z naprzeciwka odgłos fali wyrzucającej wodę na brzeg. I w tej samej niemalże chwili dostrzegli światło między drzewami.
— Zatoka! — wykrzyknął Carmaux.