Carmaux i Van Stiller wiosłowali co sił, zmuszając mięśnie do większego wysiłku i zapierając się nogami. W obawie, że jakiś niespodziewany łut szczęścia pozwoli Van Gouldowi ponownie wymknąć się z rąk Czarnego Korsarza, nie zwalniali tempa ani na chwilę. Za wszelką cenę starali się dopaść jego łódź.

Wiosłowali już pięć minut, gdy nagle w coś uderzyli.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Jakaś płycizna czy co?

Czarny Korsarz wychylił się przez burtę i zobaczył czarny, obły kształt. Wyciągnął rękę, żeby sprawdzić co to takiego, zanim zniknie pod stępką.

— To trup! — wykrzyknął.

Podciągnął go trochę, żeby mu się przyjrzeć. Były to zwłoki hiszpańskiego kapitana, który dostał w głowę kulą z muszkietu.

— To jeden z towarzyszy broni Van Goulda — powiedział, po czym wrzucił go z powrotem do wody.

— Pozbyli się zbędnego balastu z pokładu. — odparł Carmaux, nie przestając wiosłować. — Raz, dwa, raz, dwa, Van Stiller! Ci szubrawcy są już niedaleko — dodał.

— Tam są! — krzyknął Czarny Korsarz.

Jakieś siedemset pięćdziesiąt jardów przed sobą dostrzegli świetlną smugę, która w miarę jak płynęli, stawała się coraz jaśniejsza.