W pewnym momencie położył się na dziobie, opierając broń o burtę, po czym wycelował i wystrzelił. Huk poniósł się echem hen, daleko. Odpowiedziała mu cisza. To mogło oznaczać tylko jedno — chybił celu.

— Pudło, kapitanie?

— Tak sądzę — odpowiedział Czarny Korsarz, zaciskając ze złości zęby.

— Wiosłuj szybciej, Van Stillerze!

— Zaraz mi mięśnie popękają, Carmaux — odpowiedział zasapany hamburczyk.

Łódź Van Goulda, pomimo nadludzkiego wysiłku Indianina, traciła na prędkości. Gdyby wioślarz miał obok siebie towarzysza ze swojego plemienia, to z pewnością udałoby mu się utrzymać stałą prędkość aż do świtu, powszechnie bowiem było wiadomo, że czerwonoskórzy zamieszkujący tereny Ameryki Południowej słyną z umiejętności wioślarskich. Tymczasem tracił prowadzenie, głównie z winy hiszpańskiego oficera i Van Goulda, którzy bardzo nieumiejętnie zagrzewali go do wysiłku.

Łódź była już bardzo widoczna, zwłaszcza że wciąż płynęła po rozświetlonym przez nocoświetliki morzu. Indianin wiosłował co sił.

Gdy piratów dzieliła od Van Goulda odległość dwóch kabli, Czarny Korsarz wstał, wycelował w przeciwnika po raz kolejny i zawołał tubalnym głosem:

— Poddajcie się, bo będę strzelał!

Nikt jednak nie odpowiedział. Łódź zrobiła nagły zwrot, kierując się już nie na otwarte morze, ale w stronę przybrzeżnych mokradeł, co wskazywałoby, że Van Gould postanowił szukać schronienia na nieodległej rzece Catatumbo.