Carmaux pomyślał, że warto skorzystać z okazji i zdobyć dodatkowe zapasy. Obawiał się, że na wypadek oblężenia wroga przyjdzie im później głodować. Zbiegł więc do brzegu i kilkoma uderzeniami gałęzi ogłuszył płaszczkę, piranię i jednego pemercu.
— Tego nam było trzeba! — krzyknął zadowolony ze zdobyczy Carmaux, po czym rzucił się biegiem przed siebie w kierunku kapitana.
— I tego też! — zdążył jeszcze dodać.
Nagle rozległ się ogłuszający huk. Kapitan dał nura w krzaki. Carmaux padł jak długi i znieruchomiał.
Rozdział XXXI. Szturm na wzniesienie
Czarny Korsarz był przekonany, że kamrat strzelił do jakiegoś zwierzęcia, ani na chwilę nie przypuszczał, że Hiszpanie dotarli już do podnóża wierzchołka.
Nie widząc go, zaczął krzyczeć:
— Carmaux! Carmaux! Gdzie jesteś?
W odpowiedzi usłyszał jednak tylko znajomy świst, podobny do syku węża. Zamiast rzucić się przed siebie, schował się szybko za konarem olbrzymiej simaruby i bacznie wpatrywał się w roztaczającą się przed nim przestrzeń.
Dopiero wówczas obok palmowego zagajnika zauważył obłoczek dymu, który powoli rozpływał się nad polaną.