„Strzelali stamtąd” — pomyślał w duchu. „Ale gdzie się podział Carmaux? Jeśli dał mi znak, to zapewne znajduje się w pobliżu i prawdopodobnie uszedł cało z zasadzki. No proszę, Hiszpanie już tu są. W takim razie do dzieła. Wreszcie wyrównamy rachunki!”.
Znalazł sobie dobre stanowisko obserwacyjne — gruby konar simaruby osłaniał go przed ewentualnym atakiem nieprzyjaciół, a wysokie w tym miejscu trawy pozwalały mu z ukrycia niepostrzeżenie obserwować, co działo się na polanie. Niczego nie wypatrzył od strony lasu, skąd padł strzał. Ale jakieś pięćdziesiąt stóp od simaruby, w miejscu, w którym rosła kępka krzaków, zauważył, że coś się poruszyło.
„Ktoś czołga się w moją stronę” — powiedział w duchu. „To pewnie Carmaux. A może podstępem chce mnie wziąć jakiś Hiszpan? Arkebuz jest nabity, a chybić celu mi się nie zdarza”.
Trwał nieruchomo przez kilka chwil, przystawiając ucho do ziemi. Słyszał wyraźnie czołgającego się wśród traw człowieka. Błyskawicznie powstał i zaczął przepatrywać wysokie trawy.
„Ach” — westchnął głęboko.
Pięćdziesiąt stóp od drzewa ostrożnie i podstępnie jak wąż czołgał się Carmaux.
„Spryciarz z niego” — pomyślał Czarny Korsarz. „Oto człowiek, który wyjdzie cało z każdej opresji. A co się stało z Hiszpanem, który do niego strzelał? Czyżby zapadł się pod ziemię?”.
Carmaux nadal się czołgał, kierując się w stronę olbrzymiej simaruby i pozostając w ukryciu w obawie, że moment nieuwagi narazi go na kolejny strzał.
Dzielny Czarny Korsarz przez cały czas pilnował broni i ryb. A niech to licho! Przecież nie na darmo zadał sobie tyle trudu, żeby je złapać.
Na widok Czarnego Korsarza Carmaux przestał się obawiać, błyskawicznie się podniósł i kilkoma susami do niego dobiegł, chowając się za konarem simaruby.