— Jesteś ranny? — zapytał go Czarny Korsarz.
— Tak jak ty — odparł z uśmiechem.
— Myślałem, że cię trafili.
— Udawałem, że dostałem. Padłem jak kłoda na ziemię, żeby myśleli, że mnie trafili. A ja jestem jeszcze żywszy niż przedtem. Te kapuściane głowy myślały, że dam się posłać na tamten świat, zupełnie jakbym, nie przymierzając, był jakimś głupim Indianinem. A Carmaux to przecież spryciarz.
— A gdzie się podział ten, co do ciebie strzelał?
— Wydaje mi się, że uciekł, gdy tylko usłyszał twój głos. Jednak trudno powiedzieć, w którą stronę, stałem i patrzyłem w kierunku zarośli, ale nie widziałem, w którą stronę pobiegł.
— Był sam?
— Tak.
— Hiszpan?
— Marynarz.