— Myślisz, że będzie nas śledzić?
— Tego nie można wykluczyć. Ale nie sądzę, żeby się odważył pokazać, skoro teraz jest nas dwóch.
— Carmaux, wracajmy na wierzchołek. Niepokoję się o Van Stillera.
— A jeśli zaatakują nas z zaskoczenia? Ten Indianin mógł nie być sam, reszta mogła czaić się w zaroślach.
— Będziemy mieć oczy szeroko otwarte i palec na spuście. W drogę, kamracie!
Ruszyli w drogę, trzymając muszkiety wymierzone w zarośla, aż w końcu dotarli do gęstych krzaków, które dały im upragnioną osłonę.
Chwilę czekali w ukryciu, chcieli bowiem upewnić się, czy nie byli śledzeni. Nikt się nie pokazał ani nikogo nie było słychać, ruszyli zatem dziarskim krokiem w dalszą wędrówkę, wspinając się po stromych i gęsto porośniętych roślinnością zboczach.
Dwadzieścia minut wystarczyło, żeby pokonać odległość, która dzieliła ich od małego umocnionego obozowiska.
Pełniący wartę na samym szczycie Van Stiller wybiegł im naprzeciw:
— Słyszałem wystrzał. Kapitanie, czy to ty strzelałeś?