— Nie, dajcie im spokój — powiedział Czarny Korsarz. — Trzymajmy zapas amunicji na decydujące starcie. Poza tym nie ma sensu zabijać tych, którzy nam już nie zagrażają. Skoro spalił na panewce pierwszy ich atak, wykorzystajmy tę chwilę wytchnienia, by umocnić nasze obozowisko. To, czy się uratujemy, zależy tylko od nas samych.

— Dobrze by było, żebyśmy zjedli też kolację — powiedział Carmaux. — Mamy jeszcze żółwia, piranie i jednego pemecru.

— Oszczędzajmy prowiant, Carmaux. Możemy tu tkwić osaczeni nawet kilka dobrych tygodni. Franciszek l’Olonnais może zostać długo w Maracaibo, a dobrze wiesz, że tylko on nas może wyciągnąć z tej kabały.

— Zaspokoimy głód piraniami.

— Niech będzie.

Podczas gdy marynarz rozpalał wraz z hamburczykiem ognisko, Czarny Korsarz wdrapał się na skałę, żeby zobaczyć, co się dzieje na plaży małej wysepki.

Karawela stała na kotwicy, choć na jej pokładzie panowało spore zamieszanie i marynarze uwijali się jak w ukropie.

Wszystko wskazywało na to, że żołnierze ładowali kolubrynę120, którą ustawili lufą w kierunku wzgórza, chcąc znów skierować ostrzał na szczyt wierzchołka.

Cztery szalupy pływały wzdłuż plaży, chcąc w razie czego uniemożliwić osaczonym jakąkolwiek szansę ucieczki, choć obawa, że chcieliby uciec, była zupełnie bezpodstawna, zważywszy, że piraci nie mieli na wyposażeniu żadnej łódki ani też nie daliby absolutnie rady przepłynąć wpław ogromnego dystansu dzielącego wyspę od ujścia rzeki Catatumbo.

Plaża była pusta. Wszystko wskazywało na to, że żaden z dwóch wysłanych przeciwko piratom oddziałów nie powrócił na brzeg.