— Ja bym nie dał ani piastra za naszą skórę — powiedział Van Stiller. — Jeden z tych dwóch przeszedł mi tuż pod nosem, prawie na mnie nadepnął.

— Dobrze zrobiliśmy, opuszczając nasze obozowisko. Sześćdziesięciu ludzi! Przecież nie dalibyśmy rady odeprzeć ataku!

— Czeka ich niemiła niespodzianka u góry, Carmaux. Znajdą tam tylko ości i kamienie.

— Zawsze coś. Zaniosą je potem gubernatorowi.

— Naprzód — powiedział Czarny Korsarz. — Musimy dotrzeć do plaży, zanim Hiszpanie zauważą, że uciekliśmy. Jeśli będą bić na alarm, wtedy nie uda nam się ukraść niepostrzeżenie żadnej szalupy.

Byli pewni, że nie napotkają na swojej drodze żadnych innych przeszkód, ani im przez myśl nie przeszło, że może im grozić jeszcze większe niebezpieczeństwo i że zostaną schwytani. Udali się w kierunku jeziora, potem przedostali się na drugą stronę, schodząc dalej tym samym wąwozem, którym wcześniej toczyły się zrzucone przez nich z góry kamienie. Chcieli jak najszybciej dotrzeć do plaży u południowego wybrzeża wyspy i jak najbardziej oddalić się od karaweli.

Dotychczas los im sprzyjał i nie spotkała ich żadna przykra niespodzianka. O północy byli już na plaży.

Ich oczom ukazała się wciągnięta na brzeg jedna z czterech szalup. Dwaj marynarze — najpewniej stanowiący jej załogę — leżeli pogrążeni we śnie obok dogasającego ogniska. Spali snem sprawiedliwego, ufni, że żołnierze z karaweli rozpoczęli szturm na wzgórze, otaczając piratów zwartym pierścieniem.

— Bez trudu sobie poradzimy — wymamrotał pod nosem Czarny Korsarz. — Jeśli ci dwaj się nie obudzą, wypłyniemy w morze i dopłyniemy do ujścia rzeki Catatumbo.

— Nie zabijemy ich? — zapytał Carmaux.