Wytężając wzrok, zobaczyli, jak niewyraźne sylwetki marynarzy torują sobie drogę, odgarniając zwisające liany i odchylając gałęzie, po czym na dobre znikają w mroku. Jeden z nich przystanął nagle i rzekł:
— Diego, słyszałeś?
— Nie.
— A ja słyszałem jakby syknięcie.
— To pewnie jakiś owad.
— A może wąż?
— Tym bardziej zatem trzeba się stąd oddalić. Chodź, nie chcę dołączyć do walki jako ostatni.
Po tej krótkiej wymianie zdań dwóch marynarzy kontynuowało swój marsz, ginąc powoli w mrocznym tunelu roślinności.
Trzej piraci zaczekali chwilę w obawie, że Hiszpanie zechcą jeszcze zawrócić czy może postanowią się zatrzymać, a następnie Czarny Korsarz wstał z kolan i rozejrzał się bacznie dookoła.
— Do stu piorunów! — wymamrotał pod nosem Carmaux, swobodnie nabierając powietrza. — Powoli zaczynam wierzyć, że szczęście nam sprzyja.