Na nieszczęście wszczęto alarm także na południowym brzegu wysepki. Nieprzyjaciel nie dał się zwieść, że strzały z muszkietów dwóch marynarzy pochodziły ze szczytu wzniesienia, co od razu zauważyli uciekinierzy.

Nie udało im się odpłynąć dalej niż pół mili, gdy dostrzegli, że ścigają ich inne szalupy, z których jedna wyposażona była w niewielkie działo.

— No to już po nas! — krzyknął mimochodem Czarny Korsarz. — Przyjaciele, przygotujmy się na śmierć.

— Do stu piorunów! — wykrzyknął Carmaux. — Czyżby szczęście się rozmyśliło i postanowiło przejść na stronę wroga? Raz na wozie, raz pod wozem. Ale zanim polegniemy, chociaż kilku zabierzemy ze sobą na tamten świat.

Wypuścił z dłoni wiosło i chwycił za muszkiet. Ścigające ich szalupy — łącznie tuzin — znajdowały się teraz w odległości półtora kabla, a na ich czele płynęła łódź pokaźnych rozmiarów.

— Poddajcie się, bo inaczej poślemy was na dno!

— Nie ma mowy — odpowiedział Czarny Korsarz grzmiącym głosem. — Ludzie morza umierają, ale się nie poddają!

— Gubernator obiecuje darować wam życie.

— Oto moja odpowiedź!

Czarny Korsarz wycelował i wystrzelił, trafiając jednego z wioślarzy.